Reviews

Makeup Revolution: #Flex, Ultra Sculpt & Blend, Retro Luxe Lip Kit

9:49:00 PM

Minęło sporo czasu (niestety nagromadzenie obowiązków nie pozwoliło mi niczego w międzyczasie napisać) i udało mi się przetestować wszystko z mojej wielkiej paczki od Makeup Revolution. Dlatego dzisiaj podzielę się z Wami moją opinią na temat niektórych produktów i omówię pędzle do makijażu #Flex, zestaw Ultra Sculpt & Blend, oraz zestawy szminek i kredek Retro Luxe. Zapraszam do czytania!

# ULTRA SCULPT & BLEND COLLECTION

Bez bicia przyznaję się, że nie przepadam za nakładaniem podkładu pędzlem. Zdarza mi się, jednak wyjątkowo rzadko, i mam już stanowczo za dużo pędzli do podkładu jak na kogoś, kto wciąż używa tylko gąbek. Mimo to wypróbowałam wszystkie elementy kolekcji i moim zdaniem pędzel jest bardzo fajny. Mięciutki, ale wystarczająco gęsty, by bez problemu wszystko rozblendować. Dlatego jeśli lubicie rozprowadzanie podkładu pędzlem, z czystym sercem mogę ten polecić.
Mniejszym pędzel (na zdjęciu po lewej) próbowałam blendować korektor pod oczami i, mimo że dał radę, myślę, że jest do tego odrobinę za twardy (zbyt zbity, włosię jest mięciutkie i przyjemne w dotyku). Wydaje mi się jednak, że świetnie nadawałby się do kremowego konturowania. Tego niestety również nie jestem fanką, dlatego pewnie pędzel będzie u mnie leżał (chyba że oddam go mamie lub jakiejś koleżance).


Druga połowa kolekcji sprawdziła się u mnie idealnie. W puszystym pędzlu do cieni jestem absolutnie zakochana i używam go codziennie. Ma idealny kształt i "konsystencję" do nakładania matowego cienia po zewnętrznej stronie oka, jak również na całą powiekę - pozwala uzyskać idealną pigmentację i rozblendować kolor.
Gąbeczka również jest totalnym hitem i niesamowicie mnie zaskoczyła. Jest bardzo mięciutka i mimo że nie do końca tak, jak Beauty Blender, nie jest wcale gorsza (tylko trochę inna). Odkąd zaczęłam jej używać, ani razu nie sięgnęłam po moje inne gąbki. Dlatego gorąco polecam tę gąbeczkę i w przyszłości z chęcią wypróbuję inne proponowane przez tę firmę.


# WYGINAJĄCE SIĘ, DWUSTRONNE PĘDZLE #FLEX

Mimo że uważam, że funkcja wyginania się nic nie daje i mogłoby jej nie być, a fakt, że są dwustronne, utrudnia przechowywanie, jestem w tych pędzlach zakochana. Są cudownie miękkie i bardzo jakościowe! Jestem naprawę bardzo pozytywnie zaskoczona tym, jak dobre pędzle ma w swojej ofercie Makeup Revolution.
W tych dużych pędzlach używam, przyznaję, tylko tych stron przedstawionych na zdjęciu u góry. Przy czym tego po lewej używam do konturowania, a trzeciego do różu (chociaż może się to w przyszłości zmienić, lubię testować różne zastosowania moich pędzli), niemniej jednak nie jest chyba ważne to, do czego ja ich używam (chyba że chcecie wiedzieć, jakiego rodzaju pędzli używam do czego, bardzo chętnie napiszę posta poświęconego w pełni właśnie moim ulubionym pędzlom), tylko czy są dobre i jakościowe. A są - mięciutkie i bardzo przyjemne w użyciu. Dlatego, jeśli widzisz pędzel o kształcie, który lubisz lub chcesz wypróbować, gorąco polecam. Bonus - dostaniesz dwa w cenie jednego ;).


# ZESTAWY RETRO LUXE LIP KIT

Wiem, że jest to dość losowe połączenie - pędzle i szminki - ale tak jakoś wyszło. Pięknie razem wyglądają na zdjęciach!
Zacznę od tego, że oczywiście miałam rację - moim ulubionym zestawem jest "Reign", najjaśniejszy kolor. Jednak nie tylko dlatego, że jest nude, jest moim zdaniem też najbardziej jakościowy, jak również najłatwiejszy w użyciu. Nie od dziś wiadomo, że szminki w jasnych odcieniach, zbliżownych do naturalnego koloru naszych ust, najlepiej wyglądają w ciągu dnia. Nawet jak się ścierają, najczęśniej nie widać tego aż tak bardzo, jak kiedy mamy na ustach jaskrawy róż, czerwień czy coś ciemniejszego.


We wszystkich zestawach bardzo przyjemne są konturówki. Miękkie, z łatwością nakładają się na usta. Używałam ich również na linię wodną oka i generalnie nie mam zastrzeżeń. Jestem niestety mniej zadowolona z samych szminek. Są, po pierwsze, strasznie wysuszające. Tak suche, że w miarę ich zastygania czułam, jak tworzyła się na moich ustach tak jakby skorupka. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że zmywają się nawet wodą (inne tego typu szminki, które mam, można zmyć najwyżej olejem)! Dlatego za każdym razem, kiedy miałam na ustach jeden z ciemniejszych odcieni, musiałam pamiętać, by niczego nie jeść ani nie pić, ponieważ szminka by mi się starła i byłoby to bardzo widoczne.
Co więcej, ciemniejsze odcienie nie nakładają się zbyt równomiernie. Szczególnie widoczne to jest w przypadku szminki "Royal", gdzie na ustach są po prostu prześwity. Można zmniejszyć ten efekt, nakładając kolejne warstwy, niemniej jednak nie polecam tych szminek, jako że można na rynku znaleźć mnóstwo lepszych, również w podobnej cenie. Parę razy używałam ich jako eyelinera, jednak nie kupowałabym całej szminki tylko po to :).


Podsumowując - pędzle i gąbeczka - tak, tak i jeszcze raz TAK! Jestem absolutnie zakochana, używam ich codziennie i gorąco polecam. Jeśli kiedyś jeszcze będę miała taką potrzebę, z chęcią zaopatrzę się w więcej pędzli Makeup Revolution. Co do szminek mam jednak mieszane uczucia. Jeśli nie macie nic przeciwko suchości ust i bardzo chcecie wypróbować zestawy Retro Luxe, odcienie nude mogą się u was sprawdzić. Z żalem jednak stwierdzę, że generalnie nie mogę polecić tych szminek i bardzo możliwe, że po swoje będę sięgać najwyżej, kiedy będę chciała użyć ich do makijażu oczu (lub do zdjęć na bloga, jednak wyglądają pięknie). Nie wybrałabym ich jako szminki na cały dzień.

Tu można zobaczyć przykładowe makijaże z zastosowaniem szminek Retro Luxe: 1; 2; 3; 4; 5; 6; 7;

Próbowaliście szminek lub pędzli od Makeup Revolution? Co o nich myślicie! Piszcie w komentarzach! Piszcie też, czy chcecie posta o moich ulubionych pędzlach i do czego ich używam!

Buziaki,
Zhastine

Reviews

Miniaturki podróżne z Tołpy - czy się sprawdziły?

9:20:00 PM

Dzisiaj wracam do Was z kolejną recenzją. Na przełomie lipca i sierpnia wybrałam się na wakacyjną podróż nad morze, z tej okazji zaopatrzyłam się w dostępne w Rossmannie miniaturki potrzebnych mi produktów. Pewnie myślicie sobie teraz, że jesteśmy w połowie września i czemu czekałam z tą recenzją tyle czasu. Po pierwsze, chciałam dokończyć wszystkie miniaturki. Po drugie, ten post miał się ukazać wcześniej, ale najpierw chciałam napisać o paczce, a potem nagle zaczęłam mieć dużo obowiązków i mało czasu. Zdarza się :).


Przechodząc do tematu. Kupiłam trzy rzeczy, których mi brakowało do mojego bagażu podróżnego - płyn micelarny oraz szampon i odżywkę do włosów. Jak widać, wszystkie firmy Tołpa. Do tej pory miałam okazję wypróbować tylko jeden krem tej firmy, który jednak bardzo przyjemnie mi się używało, dlatego chciałam więcej.


Pierwszą rzeczą, którą chcę omówić, jest płyn micelarny Dermo Face Physio. Według opisu na opakowaniu jest hipoalergiczny, łagodzi podrażnienia i przywraca komfort. Ma być dobry do skóry wrażliwej. Osobiście nie mam skóry wrażliwej, tylko mieszaną w kierunku suchej, w upale zaś bardziej mi się przetłuszczała. Płynu używałam codziennie rano i wieczorem do zmycia nagromadzonych w ciągu dnia oraz snu zanieczyszczeń. Raczej nie robiłam makijażu, jednak te małe ilości korektora, ołówka do brwi i tuszu również zmywałam tym.

Muszę powiedzieć, jestem z płynu bardzo zadowolona. Opakowanie jest maleńkie, w sam raz na podróż, ale jednocześnie wygodne w użytku. Płyn pięknie pachniał i radził sobie ze wszystkimi zadaniami, które mu powierzyłam - oczyszczał cerę, ale jej nie wysuszał. 75 ml wystarczyło mi na około miesiąc. Czy kupiłabym jeszcze raz? Myślę, że nie miałabym nic przeciwko.


Z tego duetu niestety nie byłam już tak zadowolona. Jest to szampon i odżywka z serii Botanic, Gardenia Tahitańska. Oba produkty mają nawilżać i zwiększać objętość włosów. Również są hipoalergiczne i podobno nadają się do włosów cienkich i delikatnych. Moim podstawowym zarzutem jest to, że szampon nie spełniał swojego podstawowego zadania - nie domywał moich włosów.

Nigdy nie miałam takiego doświadczenia, dlatego najpierw myślałam, że może coś z wodą było nie tak (podróżowaliśmy i zmienialiśmy co chwila miejsce zamieszkania, mogło być różnie), albo że było tak gorąco, że włosy szybko znowu się przetłuszczały pod kapeluszem. Potem jednak wypróbowałam go parę razy w domu, w znajomych mi warunkach, i niestety nie mogę go Wam polecić. Po jego użyciu moje włosy były po prostu brudne. Nie wiem, o co chodzi, być może o fakt, że jest naturalny i się wystarczająco nie pieni, bo nie zawiera SLS-ów. Wiem tylko, że mimo że włosy może i były nawilżone (zwłaszcza przez naturalne tłuszcze hehe), o objętości nie mogło być żadnej mowy, bo były przyklapnięte i nawet lekko posklejane, w strąkach. Zaczęły jakoś wyglądać dopiero jak do szamponu dodałam innego myjącego produktu. W podróży niestety musiał to być żel pod prysznic. A zaznaczam, że nawet nie olejowałam wtedy włosów

Z tego też powodu nie mogę się wypowiadać na temat odżywki. Podejrzewam, że jakbym miała inny szampon, może by mi się lepiej sprawdziła - jednak odżywka faktycznie musi być tylko nawilżająca i nie odpowiada za domycie. Niestety 30 ml opakowanie wystarczyło mi na 3 użycia (mam bardzo długie włosy, komuś z krótszymi pewnie by służyło dłużej) i nie zdążyłam tej teorii przetestować.

Na plus powiem, że szampon w tubce to bardzo wygodne opakowanie na podróż. Dostępne 50 ml wystarczyło mi na kilka tygodni (myję włosy przeciętnie 2 razy w tygodniu). Musiałabym tylko mieć trochę więcej odżywki.


Podsumowując, myślę, że z czystym sercem mogę polecić płyn micelarny. Szamponu i odżywki już nie, chyba że coś robiłam nie tak i ktoś mi wytłumaczy w komentarzach. Moim zdaniem jednak szampon, który nie myje, nie może być godny polecenia.

W skrócie plusy: - wygodne, malutkie opakowanie
- przyjemne, naturalne zapachy
- skuteczny i nie wysuszający płyn micelarny

W skrócie minusy: - szampon nie spełnia swojej funkcji
- za mała pojemość odżywki

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu,
Zhastine

First Impressions

Ogromna paczka od Makeup Revolution

8:20:00 PM

Każdy, kto obserwuje mnie na Instagramie (@Zhastine) i zerka czasami na moje InstaStories, miał okazję zobaczyć, że w zeszły piątek wieczorem przyszła do mnie pewna wyjątkowa paczka. Jakiś wspaniały zbieg okoliczności sprawił, że ktoś z polskiego zespołu Makeup Revolution zauważył mojego Instagrama i uznał, że warto wysłać do mnie trochę kosmetyków do przetestowania. I tak oto u moich drzwi stanął kurier z moją pierwszą paczką PR. Nie będę się rozwodzić nad tym, jak wiele to dla mnie znaczy i jak wzruszona i przeszczęśliwa jestem, wiem jednak, że na pewno zapamiętam ten dzień jako bardzo wielki krok w mojej "karierze" bloggera urodowego i jestem niezwykle wdzięczna firmie Makeup Revolution.


Paczka była większa niż się spodziewałam, dostałam też karteczkę z odręcznie napisaną wiadomością :). Z wielkim entuzjazmem rzuciłam się w wir testowania, jednak jest tego tyle, że na pewno trochę mi zajmie uformowanie pewnej opinii na temat każdego produktu. Nie kryję jednak, że już mam paru ulubieńców. Dzisiaj podzielę się z Wami zawartością paczki, a recenzje i swatche będą napływać z czasem. Na pewno wiele z tych śliczności będzie można zobaczyć w użyciu na moim profilu na IG, dlatego serdecznie zachęcam do obserwowania. Jeśli jest coś, co checie, bym zrecenzowała szybciej niż pozostałe kosmetyki, można informować mnie o tym w komentarzach - na pewno wezmę pod uwagę :).


GHOST FINISH LUXURY BAKING POWDER. Z tego co się orientuję, powstał on jako jaśniejsza wersja istniejącego już pudru w odcieniu Banana. Przyznam, że jak tylko go zobaczyłam, myślałam, że chciałabym go wypróbować, dlatego bardzo się cieszę, że będę miała okazję! Zawsze używam sypkich pudrów pod oczy, nakładanych mokrą gąbeczką.


SHIMMER BRICK: RADIANT (2), ROSE GOLD (3) ORAZ VIVID SHIMMER BRICK: PINK KISS (1). Mam podobny "shimmer brick" od Wibo i mimo, że lubię używać go jako rozświetlacza, ogólnie bardzo rzadko po niego sięgam. Dlatego na pierwszy rzut oka byłam lekko przerażona - jak to przetestuję, jeśli nie będzie chciało mi się po to sięgać? Jednak już przy pierwszym dotknięciu zmieniłam zdanie. Kolory poszczególnych pasków są naprawdę piękne i mocno napigmentowane. Odkąd je dostałam, codziennie używam ich jako cieni na całą powiekę i w wewnętrzny kącik, a czasami również jako rozświetlaczy. Nie kryję też, że ten różowy jest przesłodki. Uwielbiam na nie patrzeć :).


ROZŚWIETLACZE SKIN KISS: ICE KISS, GOLDEN KISS, PEACH KISS. Widywałam już te rozświetlacze co jakiś czas na zdjęciach innych bloggerek. Zawsze też uważałam, że wyglądają pięknie i niezwykle kusząco, dlatego również bardzo się cieszę z tego, że je mam. Nadal je testuję, ale na daną chwilę najbardziej lubię Golden Kiss. Czy to się zmieni w miarę testowania? Zobaczymy!


GRADIENT HIGHLIGHTER: ROSE QUARTZ LIGHT, SUNLIGHT MOOD LIGHTS, PEACH MOOD LIGHTS. Mimo że z jakiegoś powodu producent nazwał je rozświetlaczami, dla mnie są to róże. Owszem, mają lekki "połysk" w tej jaśniejszej części, jednak nic rzucającego się w oczy. Jaśniejsza brzoskwinka ("Sunlight Mood Lights") przypomina mi dwa moje ulubione róże, które już mam w mojej kolekcji. Uwielbiam taki kolor na policzkach, dlatego po ten właśnie sięgam obecnie najczęściej.


Dostałam też dwie paletki rozświetlaczy. Firma Makeup Revolution zadbała o to, bym porządnie błyszczała :). Już chyba nigdy nie będę musiała kupować produktów tego typu! (Chociaż pewnie mnie to nie powstrzyma...)


ULTRA STOBE AND LIGHT PALETTE. Paletka zawiera prasowane rozświetlacze w różnych odcieniach. Najbardziej rzucają się w oczy żółty i niebieski, ale jeden ma też lekko różowy odcień. Reszta jest bardziej neutralna. Poza tym, że mam teraz porządny zapas rozświetlaczy, posiadanie takiej paletki umożliwia mieszanie odcieni i zabawę kolorem :).


ULTRA STOBE BALM PALETTE. Ta paletka, przez to, że składa się z kremowych, a do tego opalizujących odcieni, przeraża mnie nieco bardziej. Bardzo mi się podoba i często sobie na nią patrzę i dotykam (:)), ale jeszcze nie miałam odwagi wypróbować jej na twarzy. Czuję się jednak zainspirowana i jak tylko będę miała więcej czasu, z pewnością się nią pobawię. Ten niebieski wygląda powalająco.


PRO HD SMOKY EYELINER. Czarna kredka to nie jest coś, po co za często sięgam, czasami jednak się zdarza - do podkreślenia dolnej linni wodnej. Z tego co rozumiem, ta kredka ma służyć do zrobienia smokey eye. Jak będę miała okazję proszącą się o tego rodzaju makijaż, to może ją wypróbuję, na razie jednak zostanę przy mojej skromniejszej metodzie.

Kredka ta była też jedynym produktem, który sprawił mi kłopot. Otóż po rozpakowaniu pudełeczka wydawało się, że jest... pusta. Jak widać na drugim zdjęciu, po zatemperowaniu jej okazało się, że na szczęście nie była. Widać też, ile musiałam stemperować, by dojść do wkładu (porównuję ją z konturówką, o której zaraz wspomnę). Jest to prawdopodobnie jakiś błąd przy produkcji, jako że nie wyglądała  na połamaną, tylko tak jakby wciśniętą.


No i... jak Wam się podoba moja próba kreatywnego swatchowania? :D Kredka jest bardzo kremowa i bardzo czarna!


RETRO LUXE MATTE LIP KITY: REIGN, ROYAL, MAGNIFICENT. Kolejna propozycja na rynku zainspirowana Lip Kitami od Kylie. Przyznam, że bardzo się z tego cieszę, jako że pomysł dopasowanej konturówki i szminki w jednym zestawie wydaje mi się świetny. Do tej pory też wypróbowałam kit proponowany przez Lovely i bardzo mi się podobał.

Z tej trójki, oczywiście, moim ulubieńcem od razu został odcień Reign. Na co dzień uwielbiam szminki w odcieniach nude. Royal kojarzy mi się z matową pomadką Golden Rose w odcieniu 5, którą uwielbiam, jest to zresztą ideany kolor na nadchodzącą jesień. Zaś Magnificent jest wyjątkowym kolorem, którego nigdy wcześniej nie miałam okazji wypróbować, dlatego na niego rzuciłam się od razu i można już zobaczyć jak wygląda na ustach na moim IG.


Kolejne kreatywne swatche. Starałam się, chociaż w paru miejscach mi nie wyszło, za co przepraszam. Wszystko było malowane od ręki, bez żadnych pomocników :).


PĘDZLE #FLEX. Dostałam też, jak widać, bardzo dużo pędzli. Do tego nie byle jakich, tylko takich z wyginającą się rączką! Przyznam, że nie wiem, w jaki sposób wyginanie się ma pomóc w aplikacji, ale skłamałabym, gdybym twierdziła, że nie bawiłam się tym dobre 15 minut z szerokim uśmiechem na twarzy, jak tylko odkryłam tę ich nietypową cechę :). Dodam też, że pędzle są mięciutkie jak marzenie!


ULTRA SCULPT & BLEND COLLECTION. Tak, kolejny zestaw pędzli. Tym razem wyglądają na pędzle do podkładu, a przynajmniej do kremowych kosmetyków. Nazwa sugeruje konturowanie, więc może kremowe konturowanie? No i pewnie do blendowania cieni, ten najmniejszy. Pędzle są przepiękne i również mięciutkie. A o tym, jak się sprawują, dam znać w dokładniejszej recenzji.


W zestawie jest również gąbeczka typu Beauty Blender. Przyznam, że jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch Beauty Blenderów i kocham je całym sercem, nigdy jednak nie żywiłam niechęci do tańszych zamienników tego kultowego produktu. Może któryś się okaże tak dobry, że już nigdy nie wydam 70 złotych na kawałek gąbki?! Może to będzie ten? Jestem bardzo ciekawa.



OVAL PRECISION KABUKI BRUSH. Kolejny mięciutki pędzel kolorze w różowego złota. Ten do tego jest maleńki i przez to uroczy! Nigdy nie używałam pędzla tego typu, dlatego nie bardzo wiem, jak się zabrać do testowania, na pewno jednak w końcu się odważę ;).


I tutaj małe podsumowanie. Jeśli jeszcze tutaj jesteś, bardzo dziękuję za cierpliwość. To był naprawdę długi post. Starałam się nie rozwodzić za bardzo nad poszczególnymi produktami, jednak zdarza mi się lekkie gadulstwo, jeśli chodzi o kosmetyki. Jeśli jest coś, co chcesz, żebym zrecenzowała jako pierwsze, daj znać w komentarzu. Poza tym zaś dziękuję za czytanie i do zobaczenia w następnym wpisie!

Buziaki,
Zhastine



Make up

Sleek i-Devine Del Mar Vol II - recenzja palety cieni

5:17:00 PM

Witam serdecznie!

A więc stało się. Pierwszy post po polsku! Nie wykluczam czasami powrotu do angielskiego lub wpisów dwujęzycznych, wszystko zależy od tego, kto będzie czytał i o czym będę pisać. Na chwilę obecną jednak spróbuję pisania po polsku - zobaczymy, jak pójdzie. Zmiana ta wynika głównie z tego, że, mimo wszystko, mieszkam na terenie Polski, a więc przynajmniej większość testowanych przeze mnie produktów dostępna jest w Polsce. Czasami też jest niedostępna w innych krajach, dlatego zagraniczny czytelnik tak czy siak nie mógłby skorzystać z mojej opinii. Poza tym mam cichą nadzieję dotrzeć do szerszego grona moich znajomych, którym może nie koniecznie chciało się czytać po angielsku :). No i, nie oszukujmy się, jest do dla mnie duże ułatwienie - koniec ze sprawdzaniem czegoś w słowniku czy konwertowaniem naszych cen na dolary :).

Nie przeciągając, przejdźmy do tego, o czym miał być wpis - mojej nowej palety cieni, tym razem firmy Sleek. Produkty Sleek stacjonarnie można dostać chyba tylko w Sephorze, zresztą też tylko kilka. Powszechnie są za to dostępne w internecie - można je dostać w wielu drogeriach internetowych, często też na promocji. Cenowo prezentują się całkiem nieźle - nie jest to najtańsza firma na rynku, ale wydaje mi się też, że jednak większość z nas będzie stać na ich kosmetyki :).


Mnie tym razem skusiła paletka z serii i-Devine, o nazwie Del Mar Vol II. Nie miałam Vol I ani żadnej innej paletki z tej serii, a do zakupu tej właśnie przekonała mnie promocja na Minti Shop oraz fakt, że kolory wydawały mi się podobne do nowej Subculture od Anastazji, o której teraz bardzo głośno w urodowych internetach. Oczywiście kolory wcale nie są aż tak podobne (a na pewno nie nazwałabym paletki tańszym zamiennikiem), nie mniej jednak są piękne i wielu z nich nie miałam wcześniej w mojej (dość już sporej) kolekcji.

Recenzję zacznę od opakowania - nie jest to najważniejsza cecha kosmetyku, zwracam jednak na nie dużą uwagę i jakościowe, a do tego ładne opakowanie jest w moich oczach dużym plusem. Paletka przyszła do mnie w kartonowym pudełeczku. Przyznam, że bardzo mi się podoba obrazek na pudełku i to, jak kolory na zdjęciu odpowiadają tym wewnątrz palety. Żałuję nawet, że nie ma tego samego zdjęcia na samym opakowaniu - może nie musiałabym zachowywać pudełka :). Paletka jest w prostym, czarnym opakowaniu z napisem "Sleek". Dobrze się zamyka, co jest bardzo ważne, bo strasznie mnie irytują kosmetyki, które się same otwierają w mojej kosmetyczce. Ma też duże lusterko - ja raczej z niego nie skorzystam, bo wolę używać osobnego lustra do robienia makijażu, ale na pewno przyda się komuś, kto by chciał z nią chociażby podróżować. Dostajemy też dwustronny aplikator w formie gąbeczek. Raczej rzadko używam tego rodzaju "pędzli" do robienia makijażu i wolałabym tradycyjny pędzelek, ale na razie go nie wyrzucę. Nazwy poszczególnych cieni są niestety na osobnej folii. Ma to raczej małe znaczenie, ale lubię wiedzieć, jak nazywają się kolory, których używam, dlatego wolałabym, jakby były bezpośrednio na opakowaniu.


Tyle o opakowaniu - przejdźmy do tej ciekawszej części. Jak się sprawują cienie? Używałam ich już parę razy i udało mi się uformować jakąś opinię. Nie są to najlepsze cienie jakie posiadam. Mimo wszystko jednak większość moich cieni jest z nieco wyższej półki cenowej i nie każdy chce wydawać tyle pieniędzy na kosmetyki. Za tę paletkę zapłaciłam 32 zł, bez promocji kosztuje około 40 zł. Oznacza to, że jeden cień kostuje nieco ponad 3 zł. Jest to, moim zdaniem, bardzo dobra cena. Paletka zawiera 3 cienie metaliczne, 2 z drobinkami i 7 matowych. Większość sprawuje się bardzo dobrze. Najbardziej napigmentowane są zielenie i turkusy, a także Siesta, fioletowawy brąz. Najmniej - Spotlight, szary mat z drobinkami.


Na zdjęciu powyżej widzimy swatche wszystkich cieni z paletki. Nie da się ukryć, nie jest to na pewno paletka, po którą z łatwością można sięgać codziennie. Chyba że ktoś lubi i może bawić się na co dzień kolorami, wydaje mi się jednak, że to mniejszość :). Dlatego raczej nie polecałabym jej dla kogoś, kto chce zakupić pierwszą bądź jedną z pierwszych paletek. Raczej dla kogoś, kto chce zacząć eksperymentować kolorem i nie wydać przy tym fortuny. W serii i-Devine jest bardzo dużo paletek, więc myślę, że każdy by znalazł coś dla siebie. A paletka może nie jest najlepsza na świecie, ale wydaje mi się, że spełni wszystkie wymagania przeciętnego użytkownika. Inne palety cieni z podobnej półki cenowej, które przychodzą mi na myśl, są od Makeup Revolution. Mam dwie, jestem z obu bardzo zadowolona i polecam.



Tu widzimy porównanie z moimi innymi paletkami od Sleek - paletki i-Lust w wersji The Gold Standard (3 cienie po  lewej u dołu) i słynnej już paletki rozświetlaczy Solstice (3 u góry). Uważam, że jakość cieni jest minimalnie lepsza w paletce i-Lust, są bardziej masełkowe w dotyku i mają nieco lepszą pigmentację. Różnica nie jest jednak ogromna, dlatego wybór paletki powinien moim zdaniem zależeć po prostu od tego, jakie kolory nas interesują. Palety i-Lust kosztują około 34-40 zł, zależnie od sklepu. Paletka Solstice zawiera bardziej suche, "kredowe" w dotyku rozświetlacze, które jednak i tak mają świetną pigmentację i dobrze wyglądają na skórze. Polecam, jednakże trudno je porównać z cieniami z Del Mar, jako że formuła jest zupełnie inna, tak samo zresztą, jak przeznaczenie. Ta paletka kosztuje koło 45 zł.


Czy warto więc kupić paletkę Del Mar Vol II? Tak - jeśli chcesz pobawić się kolorem za niewielką sumę pieniędzy. Nie, jeśli używasz tylko neutralnych cieni i nigdy nie użyjesz tych bardziej jaskrawych - wtedy warto sobie obejrzeć inne palety z serii i-Devine, albo po prostu innej firmy. Makeup Revolution, Maybelline, wiele firm ma w swojej ofercie nieco większe paletki za mniej niż 50 zł :).

To tyle na dzisiaj. Jako że jest to pierwszy wpis w języku polskim, bardzo zależy mi na wszelkich opiniach i komentarzach. Nie tylko a propos palety (chociaż te też są bardzo mile widziane), ale też tego, co myślicie o wpisie. Czy dobrze, że piszę po polsku? Czy nie za długo? Może coś innego wam się nie podobało, lub przeciwnie, podobało?

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu,
Zhastine


First Impressions

Make up I got for my birthday - eyeshadow palettes (part 2)

5:41:00 PM

Hey guys!

A big change is coming. I decided I no longer want to write in English, at least not JUST in English. I've been thinking about it for a while. I know not many people are reading this at all, and if you are, you're probably someone I know. I've also received some feedback and I know there are people who want me to write in Polish - which is my first language. So I decided that after this blog post, I'll try writing in Polish and we'll see how it will go. If I'll like it and, most importantly, if you'll like it. I'm also going to add a feature to my layout, that will allow you to translate everything from Polish to English. If there's anyone reading this - please let me know what you think!


Now let's get to what this blog post is really about - my new eyeshadow palettes :). I've got two new palettes for my birthday - one from my best friend Ema, and the other one from myself (there was a sale, of course).

ZOEVA CARAMEL MELANGE


This one I got from my friend. She knew I've been eyeing it for a while now, I guess :). I've really wanted to try out Zoeva eyeshadows, and I'm not disappointed. Both mattes and shimmers have amazing pigmentation, blend easily and are a pleasure to work with. Also, the shades are just so beautiful! I love every single one of them and even though the orange one is what caught my eye at first, I really can't choose which one is my favourite now that I've tried them all! I'm absolutely obsessed with this palette and can't thank you enough, Ema!


It contain six mattes, three shimmers and one eyeshadow with specs of glitter. All of the matte browns are very warm and will go well with the orange shimmers. It also contains a light gold shade that will enhance my blue eyes beautifully, and a puple-y chocolate shade that I'm surprised to love just as much as all of the other ones, as I usually don't like these kinds of shades. It also contains a white and a transition shade. I would add a shimmery highlight shade and it would be a perfect warm palette, but it's not like I don't have any of those!

HUDA BEAUTY ROSE GOLD


The palette I bought for myself is very expensive, so I wouldn't expect anyone to give it to me as a gift. Also, it was on sale (for a day), and I just had to. Just like the Zoeva one, this baby didn't disappoint me as well. All of the shades are stunning, it contains so many mattes and they blend like a dream. I love Henna and Sandalwood for everyday - I could just have it as a duo and be perfectly happy. I'm also amazed by the metallic shades. I've only used Angelic and 24k on my eyes so far, but I can already say - they look beautiful! The foiled shadows seem to be a little hard to work with, but they are definitely worth it!


I saw that she came out with a new palette just now, and I already want to get my hands on it :). Obviously, I won't buy it (not yet), as I have so many new eyeshadows to play with and unfortunately I'm on a no-buy till December 6th!

If you want a more in depth review on any of these palettes, let me know!


That is all I have for today. Thank you so much for reading and I hope you enjoyed! Please comment your opinion on me switching to writing in Polish! Also, have you tried any on these palettes? What do you think? What do you want me to write about next? Let me know!

Sending my love,
Zhastine

Blog stats